Pokaż listę

BRALCZYKOWIE-WARSZAWIACY Z WYBORU

Spotkanie z prof. Jerzym Bralczykiem i jego żoną Lucyną Kirwil zorganizował Instytut Reportażu, a prowadziła je pisarka Karolina Oponowicz. Odbyło się ono w piękny majowy wieczór na ulicy (nomen omen) Gałczyńskiego 12 w Warszawie. Poniższy materiał to zapis okrojony do wątków związanych z miejscami na mapie Warszawy, ale też poprawnością językową w kontekście jej mieszkańców. Zredagowała go dziennikarka @Klaudia Torchała.

 

Karolina Oponowicz: Warszawianie, warszawiacy, warszawiaki? Jak poprawnie mówić?

Prof. Jerzy Bralczyk (J.B.): Z tego wszystkiego warszawiaki są chyba najgorsze. „Te” warszawiaki, bo to niemęskoosobowy (rodzaj – autor). „Te” warszawiaki, a nie „ci” warszawiaki. Gramatycznie to jest niedobrze. Przyrostek „ak” (charakterystyczny zresztą dla Mazowsza), żeby było ciekawiej, dawany był istotom niedorosłym – prosiak, świniak, psiak, kociak (…) Samo „ak” pokazywało, że to jest niedorosłe albo traktowało się tak troszkę gorzej (…) Stąd Poznaniak jest nieco gorszy niż Poznanianin, chociaż fonetycznie brzmi strasznie (…)Warszawianin jest bardziej oficjalny, ale jeśli chce się dodać do tego słowa pewien stereotyp, który wrył się w pamięć: ”nie masz cwaniaka nad warszawiaka”, to wtedy już  tylko warszawiak. I ten warszawiak staje się wtedy, także gramatycznie, kimś takim pełnym humoru, chociaż to jego cwaniactwo nie musi być poza Warszawą szczególnie cenione (...) Warszawiak to nie jest źle.

Skąd Pan jest?

J.B.: Pierwsza odpowiedź, która się ciśnie, to, że jest wiele identyfikacji. Ja czuję się mieszkańcem Mazowsza, ale też tak się składa, że Mazowszanin to nie najlepsze słowo (...) Ja się czuję Mazowszaninem, nawet jeśli mam kłopot z tym słowem. Czuję się czasem nawet bardziej niż Polakiem. Ta mała ojczyzna jest dla mnie bardzo ważna. Warszawianinem się czuję od czasu do czasu, kiedy trzeba wybierać między. Miasto oczywiście bardzo określa człowieka. Warszawa określa mnie bardziej niż się do tego przyznaję (...) Warszawa była moim miastem na wiele sposobów i w różnych okresach życia.

Lucyna Kirwil (L.K.): (…) Kiedy mnie ktoś pyta skąd pochodzę, odpowiadam znikąd, ale mieszkam w Warszawie(...)

Jaka była ta stolica w Państwa wyobraźni?

L.K.: Pierwsze zapamiętane wspomnienie Warszawy to hasło: „Cały naród buduje swoją stolicę.” (...) Ta Warszawa pojawiała się zresztą też w filmach. Także nie była tylko wyobrażona, ale ze zdjęć (…) To trwało dość długo. To był jeden obraz Warszawy. Drugi obraz Warszawy to obraz w ludziach. Mieszkałam na Mazurach, więc tam od początku wakacji pojawiało się wielu ludzi z większych miast, również z Warszawy. Oni byli inni. Oni byli ciekawi nas, a my ich. I jak byłam nieco starsza, to wiedziałam jak wygląda Sala Malinowa w Hotelu Bristol lub wnętrze kina Moskwa, ponieważ koledzy przyjaciółki byli z Warszawy i o tym opowiadali (…) Kiedy przyjechałam pierwszy raz, Warszawa w ogóle nie została przeze mnie „odpoznana”, ponieważ znalazłam się na Stadionie Dziesięciolecia jako fragment mazurskiego żagla podczas obchodów rocznicy polskiej państwowości (…) Kontakt fizyczny z Warszawą taki, że ją widziałam i zwiedzałam, miałam dopiero w wieku 16 lat na Północnej Pradze.

J.B.: Dla mnie Warszawa była bliższym miastem, wojewódzkim (...) Moje dwa pierwsze pobyty to ważne wydarzenia. Pierwsze to Stadion Dziesięciolecia. Byłem na drugim dniu meczu lekkoatletycznego Polska – Stany Zjednoczone (...) To było wielkie przeżycie (...) Mieszkaliśmy z ojcem w Mińsku Mazowieckim, bo tam była moja ciotka, która potem przeniosła się na Hożą(...) Drugie odwiedziny w Warszawie to 1960 roku w Pałacu Kultury w studiu telewizyjnym, gdzie na żywo mnie pokazywano. Byłem pierwszą osobą, którą wiedziałem w telewizorze (...) To był teleturniej wiedzy sportowej. Byłem kibicem (…) Najpierw Warszawa była dla mnie dworcami. Starym Dworcem Wschodnim - wczesne lata 60. To był największy wtedy warszawski dworzec. Śródmieście to były perony z ławeczką. Był też Główny, ale wcale nie był główny.

J.B.: (…) Teraz mieszkamy na granicy Powiśla i to jest jedna z piękniejszych dzielnic. To, co kiedyś wydawało się takie zapyziałe i taką podszewką nieładną Warszawy - co mogło drażnić, ale też łagodzić kompleksy prowincjusza - dzisiaj jest pięknym miejscem. Pamiętam jak później, zupełnie później, chciałem na Powiślu mieszkać (...) Z tą Warszawą nigdy się nie zerwało, nawet gdy mieszkałem w Białymstoku, Katowicach czy Sosnowcu, zawsze się tutaj wracało.

L.K.: (…) Mąż, kiedy mówił, że zawsze chciał mieszkać w Warszawie, to nie powiedział gdzie. Powiedział o Powiślu, ale tak naprawdę chciał mieszkać na Dynasy.

J.B.: To były trzy miejsca - ulice: Dynasy, Widok i Bednarska. To miejsca, o których myślałem najbardziej. Tak się składa, że akurat na dwóch z nich trochę mieszkam teraz.

A dlaczego akurat te?

J.B.: Bardzo ładne, jeżeli chodzi o widoki. Dynasy bardzo ładna nazwa. No i położenie. Dynasy dość oryginalnie plasują się tam na dole. I saneczki, i lodowiska. Ulica Widok to jednak centrum, równocześnie nieduża uliczka. Taka, która jest samym jądrem Warszawy. A Bednarska wywoływała u mnie skojarzenia także z filmów: „do góry i na dół, do góry i na dół”. To wydawało mi się szczególnie atrakcyjne. Sam nie wiem, dlaczego. Może to ta wielopoziomowość. W każdym razie chciałem tam mieszkać. Są takie dzielnice, które bardzo lubię do dzisiaj. To jest Stara Ochota, Saska Kępa rzecz jasna. Jestem też przywiązany, choć rzadko tam bywam, do Miasteczka Wilanów dlatego, że wymyśliłem tę nazwę. Poproszono mnie o to, żebym nazwał to, co się wtedy budowało i za stosowną opłatą wymyśliłem (…) Od razu przyszło mi to do głowy. Samo miasteczko jest dla mnie o tyle miłym słowem, że zawsze chciałem mieszkać nie na wsi, nie w dużym mieście, które czasem ogłusza, tylko w miasteczku. I to, że wynieśliśmy się po pewnym czasie mieszkania na Ursynowie do Milanówka, to było też z tym związane. Miasteczko daje mi taki największy komfort. Było jeszcze wtedy miasteczko Twin Peaks i parę jeszcze innych miasteczek.

L.K.: Tak to była taka zdrada Warszawy…

J.B.: Próbowaliśmy razem w różnych miejscach mieszkać (…)

L.K.:  I tak się złożyło, że 1 lipca 1984 roku Warszawa została otwarta. Można było wtedy wreszcie przyjechać, nie mieć meldunku (...) Wylądowaliśmy wtedy na starym Ursynowie.

J.B.: Starówce Ursynowa (śmiech – autor). Ursynów to było osiedle wielopokoleniowe (…) Lubiłem to miejsce. Zresztą człowiek dowartościowuje miejsca, w których mieszka. Nawet, gdybym mieszkał w miejscu, które nieszczególnie by mi odpowiadało, to próbowałbym tam znaleźć coś, co jest szczególnie dobre. Tak jest z Milanówkiem, który do tej pory bardzo lubię i naszymi warszawskimi mieszkaniami(...) Dowartościowujemy je. I gdy wychodzimy z naszego domu przy Bednarskiej to się cieszymy, ale nie dlatego, że wychodzimy, ale dlatego, że możemy iść albo na lewo do Krakowskiego Przedmieścia i tam wszystko prawie jest, albo na prawo na Bulwary Wiślane, albo prosto na Skwer Orgelbranda wyjść i tam też jest przepięknie.

L.K.: (…) Bednarska jest i będzie brukowana, bo to część jej historyzmu. Kiedyś była biedną ulicą. Dopiero w pierwszej połowie XIX w. stała się takim miejscem, gdzie zaczęło się budować domy, które ktoś zamówił specjalnie u architekta. Ale też ta ulica nie jest taka, jaka była, bo część jej – tę główną przylegającą do Krakowskiego Przedmieścia, tam, gdzie jest teraz skwer Hoovera, wyburzono, żeby Kozacy mogli dawać odpór Polakom, gdy podejmowali walki w XIX w. W związku z tym pozbawiona została tych najstarszych kamienic.

J.B.: Bednarska miała kiedyś niespecjalnie wysoki status. Tamtędy wywożono nieczystości. Było tam najwięcej domów publicznych. Jeden z tych domów publicznych później był łaźnią, a teraz jest siedzibą wydziału dziennikarstwa (…) Także to nie są wszystko tylko chwalebne momenty w dziejach Warszawy. Jednocześnie, po jakimś czasie - nawet jeśli było coś tam niedobrego - to się to uszlachetnia.

J.B.: Warszawa w sumie dla mnie - polonisty, który jeszcze do tego jest wykorzystywany publicznie, jest w zasadzie bezalternatywnym miejscem (…) W Warszawie, nawet jeśli tutaj nie mieszkałem, czułem się jak u siebie. U przyjaciół zawsze dało się mieszkać i wszystkie miejsca były oswojone. To wszystko daje warszawską konieczność.

J.B.: W Warszawie znajduje się jeden z moich dwóch ulubionych budynków. Jeden jest w Krakowie, drugi w Warszawie. W Krakowie to jest Teatr Słowackiego. Ilekroć tam jestem, to się zatrzymuję i oglądam. A w Warszawie - Kościół Zbawiciela. Jest dla mnie arcydziełem. I nie chodzi nawet o historię, o to, że jest strasznie stary, ale jest tak zrobiony, że chciałoby się obejrzeć każdy element z osobna.

 

 

 

Monika Żurek doradca Klienta
Pokaż listę
Facebook Twitter Instagram LinkedIn